Szukaj

in the pink heaven

bez obaw.

Dziś o obawach moich kiedyś i być może Twoich dziś. Obawach przed siłownią i wszystkim co w okół niej się kręci. Każdy kiedyś zaczynał, nawet ten najbardziej wyżyłowany i wycięty koks, o dziwo!  On też miał cykora! To, że zaczynasz i próbujesz już wzbudza szacunek reszty bywalców i nikt nie będzie Cię tam wartościował. Rób swoje. Większość ma raczej w zadzie to co robi reszta, przy wejściu ustawiają focus na siebie i ciężar, nie drgną nawet powieką na Twój widok. Masz ich z głowy. Rób swoje. Nie daj się zawstydzić stękaniem innych. Ponoć to pomaga, ale jestem skłonna podważyć tę tezę. Wyjścia są dwa. Albo sam/a zacznij stękać głośniej, albo słuchawki na maksa i rób swoje. Na trudne spojrzenia tubylców odpowiedz uśmiechem – prawdopodobnie masz fajny zad w tych legginsach, ale ciągle rób swoje. Pamiętaj, że tam każdy rżnie eksperta i dobre rady są jakieś dwa kroki od Ciebie, jednak czasem nawet trener personalny potrzebuje trenera personalnego, więc posłuchaj, podziękuj i rób swoje. (chyba, że te dobre rady są godne uwagi – wtedy oczywiście nic nie wiesz i potrzebujesz pomocy) To, że większość rzuca hantlami tak, że trzęsą się ściany i wydają przy tym okrzyk napalonego goryla, nie oznacza, że Ty też musisz. Możesz. Nie musisz. Rzuć raz a porządnie, zobacz czy Cię to jara i rób swoje. Straszne jest tylko to czego nie znamy, poznaj więc to miejsce, może nawet poczujesz miętę i rób swoje. Jak jeszcze Cię nie przekonałam, to pomyśl, że Arkę Noego zbudowali amatorzy a Titanica profesjonaliści. Dlatego idź, baw się dobrze i rób swoje. Najlepiej jak potrafisz. Bo potrafisz – nie utoniesz.

IMG_20180521_051953-01-01

Reklamy

pomyśl sobie o sobie.

Dlaczego nie chudniesz, mimo, że chcesz? Bo jesz. Za dużo. Ruszasz się. Za mało. I tak, to jest prosta matematyka. Bez deficytu kalorycznego nie ma szans, byś schudł/ła. I żadne wzory skróconego odchudzania nie mają tu zastosowania. Noż k***a nie. Żeby organizm zaczął żywić się tkanką tłuszczową – musisz mu dać trochę mniej priowiantu​. On jest leniwy i skoro ma wszystko podane pod nos to raczej nie sięgnie po coś innego. A jak mu dasz więcej niż potrzebuje to będzie tak wygodnicki, że odłoży na czarną godzinę (pewnie w boczkach). I teraz wprowadzę Cię w stan zdumienia: mniej jedzenia nie oznacza głodówki! I co? Zdziwko? Dobre to było, prawda? Bądź szczera/y ze sobą i przyznaj się sobie w czym tkwi problem. Sobie na pewno nikomu o tym nie powie. Pogódź się z tym co jest, albo coś zrób. Zależy na co akurat masz ochotę. Różnica polega na tym, że w pierwszym wypadku nie wypada marudzić, że coś jest niekoniecznie takie fajne jak u koleżanki/kolegi, w drugim można trochę postękać. Tak symbolicznie, by świat o Tobie nie zapomniał. I ja wiem, to jest trudne, bo przecież zawsze jest okazja by zjeść coś dobrego. Ale zawsze jest też ryzyko, że to racjonalne odżywianie lub ruch polubisz bardziej niż zaplanowałaś/eś. A przecież bez ryzyka nie ma zabawy. I nic sobie nie obiecuj, ale udowodnić już możesz. Sobie. Przybij piątkę. Sobie.

dieta_2014-10-22_19-48-00

nie waż się.

Jeśli ciągle żywisz przekonanie, że to jakie cyferki pojawią się na wadze po wejściu na nią ma znaczenie, to dobrze. Bo ma. To znaczenie jest żadne. Żadne to jednak jakieś. Starasz się, pocisz, sensownie jesz, a waga stoi? Niech stoi. W łazience. Nie patrz na nią, nawet ukradkiem. To nie Twoja waga się zmienia, tylko Twoje ciało. Zmieniają się proporcje, następuje rekompozycja ciała, tu Ci spada, tam Ci rośnie, a gdzie indziej bez zmian. Tak to działa, jeśli robisz to z głową. Mi też zajęło trochę czasu, żeby wejść na wyższy level i zerwać więzi łączące mnie z wagą, i tą łazienkową i mojego ciała. Udało się. Finito, koniec i basta. Cieszę się. A jeśli dla Ciebie to takie ważne, bo koleżanka/sąsiadka/ciocia/znajomaznajomej waży 2 kg mniej od Ciebie – to uwierz, że to jakieś dyrdymały. Ona to ona, ja to ja, Ty to Ty. I sorry, ale nasze pupy nigdy nie będą takie same! Zwymiotuj swoją wagową frustrację, otwórz paczadła i porównaj siebie do…siebie. Siebie z dzisiaj do siebie z wczoraj, sprzed tygodnia, miesiąca, roku czy kilku lat. Nie do innych. Skup się na swojej pupie. I jeśli nie masz o niej zbyt dobrej opinii, to czas ją ruszyć, a jeśli masz to w niej, to spokojnie możesz używać jej np. do siedzenia. A wagi do wagi nie przywiązuj. Przywiąż się raczej do lustra, mniejszych ubrań i lepszego samopoczucia. Tylko do kanapy może niekoniecznie.

nie_wchodz_na_to_od_tego_sie_placze_5875

 

pierś do przodu.

To, że na kobiecej klatce piersiowej nie ma włosów, nie oznacza, że jesteśmy zwolnione z jej trenowania. Tak, pod tą przyciągającą męski wzrok częścią ciała są mięśnie! I absolutnie nie jesteśmy zwolnione z ich treningu. Zwłaszcza, że mogą one wpłynąć na wygląd tego, co się znajduje na nich i co niestety z biegiem czasu zaczyna się zbytnio relaksować. Nośmy więc nasze piersi dumnie i dajmy naszym mięśniom piersiowym bodziec, by je trochę pobudzić i by dały radę unieść to, co na nich, czyli cycki. Dlatego włączamy w swój trening wyciskanie hantli czy sztangi na płasko, na skosie dodatnim i ujemnym, pompki i ich kombinacje, przenoszenie sztangielki za głowę czy rozpiętki. Oczywiście klatka nie jest naszym priorytetem, więc nie męczymy jej aż tak jak nasz zad (można mieć inny priorytet?), ale nie omijamy, nie wymigujemy się, nie jęczymy.  A i nasza postawa się zmieni, pierś do przodu i podbijamy świat. Prawda jest taka, że kto ma cycki ten ma władze, a skoro niećwiczone maleją, wniosek jest prosty.

Poza tym, abstrahując od ćwiczeń, warto też pokazać, że masz serce tam, gdzie większość widzi biust. Na przekór.

thumb_8823_default_big-01

wylecz głowę.

Jak już masz jakiś staż treningowy to pewnie wiesz, że w gimnastykowaniu się nie chodzi tylko o wysiłek fizyczny. Jeśli takiego stażu Ci brak, to zaręczam, że często chodzi o coś więcej. O głowę. A raczej jej częściowy brak. Idąc na siłownię/trening głowa zostaje w domu, w pracy, u sąsiadki, w przedszkolu, w sklepie, gdziekolwiek, bez różnicy. Nazywam to wartością dodaną do treningu. Taki komfort psychiczny, odcięcie się od problemów i wszystkiego co jest w życiu fuj. Nasz mózg jest tak mistrzowski, że na treningu potrafi skupić się tylko na tym, co akurat robisz, wręcz pozwala Ci na to, a czasem daje sygnał: ‚sorry, ale nie’. I sorry, ale może być ciężko ten error oszukać samymi mięśniami. Dzięki temu masz możliwość wyłączyć myślenie, uspokoić głowę, złapać równowagę. Wszędzie czytam o tym, że aby coś osiągnąć, trzeba wyjść ze swojej strefy komfortu (wiecie, że niby trening to dyskomfort i takie tam). Ja robię na przekór i wchodząc na siłownie, wkraczam w strefę komfortu. Swoją strefę, w swój komfort, dla siebie. Nie obrażę się, jeśli też tak będziecie robić. Pogadaj z mózgiem, swoim, a nóż się zgodzi na takie rozwiązanie. A jak już z tej strefy wyjdziecie, to zwymiotujecie endorfinami i wszystko będzie łatwiejsze i prostsze. Serio. Spróbujcie.

woman-lifting-weights-490987485-credit-mtoome-630x420-01

siłuj się

Kobieto! Piękna Ty! Lepsza Połowo! Uwierz…siłownia nie zrobi z Ciebie dżentelmena. Nie da rady, jest spalona na wejściu. Twoje ciało się tak zorganizowało a hormony tak rozrabiają, że jest to jak diabli trudne do osiągnięcia. Wręcz niemożliwe. Z facetami jest inaczej, oni mają łatwiej w tej kwestii. Nasze ciała stworzone są do czegoś zupełnie innego, a od przeciętności do kulturystki jest szmat drogi, pełnej wyrzeczeń i piekielnie trudnej pracy. Zwykła, jak ja, bywalczyni siłowni, nie dotrwa nawet do jej połowy – bo działa, jak natura chciała. Co ważniejsze, mięśnie rosną wolno, raczej  im się nie spieszy, i potrzebują odpowiedniego bodźca (czyt. ciężaru) z odpowiednią regularnością, by ruszyć z miejsca. Ale to nie znaczy, że mamy słabnąć w zapędach. Wręcz przeciwnie, sztanga nie parzy i dobrze nam zrobi. Nie rozwiązując się w swojej rozwiązłości- konkrety:
– spalenie tkanki tłuszczowej
– poprawa sylwetki
– przyspieszenie metabolizmu
– wzmocnienie kości
– ujędrnienie ciała
– opóźnienie starzenia
– poprawa jakości snu
– lepsza kondycja
– prawidłowa postawa ciała
– odpoczynek dla głowy.
I właśnie dlatego, na mój rozum –  opłaca się i warto. Dodam jeszcze, że to jest całkiem fajne. Słaby argument, ale lepszy niż żaden. Ród niewieści niech zatem przybędzie i poci się w zacnym celu. Do startu!

Ajć, zapomniałabym. Na końcu  tej drogi jest nagroda.
To Ty. Nowa Ty.

1480779995_hslta8_600.jpg

satysfakcja gwarantowana

Wiosna przyszła i chce mi się permanentnie, natarczywie i natrętnie ćwiczyć. Mam nadzieję, że nie jestem w tym stanie sama jak Kevin sam w domu, bo im nas więcej, tym jest to postrzegane jako bardziej normalne. Ewentualnie stworzę sektę Wiosennozagorzałych Ćwiczących. Do sedna. Jak już tak zajadle ćwiczę i ćwiczę, to zaczynam kombinować, nowości się zachciewa, supergigantoserie i inne szalone choreografie. Są więc i potoczne zakwasy, fachowo – zespół opóźnionego czucia mięśniowego. W skrócie chodzi o to, że w czasie treningu na skutek rozciągania mięśni dochodzi do mikrouszkodzeń włókien mięśniowych, pojawiają się stany zapalne i boli. Amen. Nie ma się co rozczulać. Różne teorie czytałam. Począwszy od tego, że jak boli to rośnie, a jak rośnie to dobrze, poprzez to, że wszedł dobry trening (każdy jest dobry, zły to ten niewykonany), a kończąc na tym, że skoro boli to słaba technika. Jedno jest pewne. Boli, bo organizm adaptuje się do zmian, do zwiększonego wysiłku, a skoro się adaptuje i to do wysiłku, to znaczy, że jest sprawniejszy, a skoro sprawniejszy, to i zdrowszy, i szczęśliwszy, a to przecież korzystnie i obiecująco. Lubię to, lubię ten absurdalny stan, mimo, że boli to daje ogromną satysfakcję. A patent na zakwasy jest jeden, bardzo skuteczny – nie ćwiczyć. Dziękuję, nie skorzystam.

Fit young woman doing pilates workout at the gym

niepłaski brzuch mój.

Brzuch jaki jest każdy widzi. Na szczęście każdy ma swój. A na nieszczęście każdy ma inny, a wszyscy chcieliby mieć taki sam – płaski. Ja jeszcze bym dodała umięśniony, ale ja to ja. Wszędzie piszą ‚odpowiednia dieta, ruch, picie wody‚ i niby mają rację a brzuch jest i do tego niepłaski. Niestety, my kobiety, obok małej ilości testosteronu, mamy też tendencję do odkładania się tłuszczu na brzuchu, udach i biodrach. Na domiar złego jest to tłuszcz oporny i cwany, ponieważ pojawia się jako pierwszy a znika jako ostatni. Dochodzi do tego genetyka, która jest niesprawiedliwa, nie daje wszystkim po równo i rozkłada receptory odpowiedzialne za magazynowanie tłuszczu (wredne, niefajne, nieposłuszne) i te które potrafią go spalić ogniem piekielnym, nieregularnie na ciele. Można się domyślić, że tych pierwszych, na wszelką niekorzyść tego świata, mamy najwięcej na bebzolu. Rozwiązanie jest jedno, skoro tłuszcz hodujemy konsekwentnie latami, to właśnie ta wypracowana już konsekwencja i cierpliwość to złoty środek. Jeśli robisz wszystko co powinnaś, to poczekaj jeszcze trochę, rób to dalej, zniknie i z brzucha… kiedyś. Daj mu czas, dużo czasu. Można w tym czasie popracować na przykład nad jędrnością… mózgu, ponoć też sexy. Ewentualnie narysować pępek na plecach?

rggk9kqTURBXy8yMzY5NTEyNzdhOTgyOTY5OWMxOWI0NDNhODFlNjg1MS5qcGVnkZMFzQH0zQH0gaEwAQ-01

mam kompleks.

Nie lubię cardio. Z wzajemnością. Zwyczajnie nam nie po drodze, wciąż się mijamy. Próbowaliśmy się zaprzyjaźnić, nie wyszło, trudno, z szacunku do niego nie będę go wykonywać. Ma wiele fanów, więc sobie poradzi beze mnie. Ja bez niego też. Zdecydowanie wolę treningi metaboliczne – szybkie, mocne i przyjemne. Moim ostatnim odkryciem jest kompleks sztangowy, który wchodzi na stałe w mój plan treningowy. I tutaj już się pojawiła prawdziwa i szczera sympatia. Polubiliśmy się od pierwszego wejrzenia. Motyle, chemia i euforia dotknęły mej duszy. Jak wygląda mój kompleks? Mogłabym książkę napisać, a nawet kilka, ale jeśli chodzi o ten sztangowy to: przysiad -> dzień dobry -> wyciskanie żołnierskie -> wiosłowanie -> martwy ciąg. Ćwiczenia bezpośrednio po sobie, bez przerw, w tempie i z uśmiechem na twarzy. Nic nie poradzę, lubię się męczyć. I tak się męczę rund kilka, metabolizm przyspiesza, tłuszcz się spala a mięśnie zostają. Jednym słowem: niekiepsko. Jak już jakiś staż treningowy masz, to polecam z czystym sumieniem, jeśli nie masz, to polecam najpierw zrobić staż a potem kompleks sztangowy. Bo jak się zaczyna coś ze złej strony, to wiadomo co wyjdzie. Kupa – delikatnie mówiąc.

c6bc773172_bo_ci_sztanga_stygnie

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

Up ↑