Szukaj

in the pink heaven

czasem warto o(d)puścić.

Iść czy nie iść – oto jest pytanie? W mojej głowie prawie zawsze ‚iść’, ale…nie warto zmuszać się do treningu. Jeżeli laryngolog nie stwierdził u Ciebie wady słuchu, a okulista wzroku, to słuchaj swojego organizmu i obserwuj sygnały jakie Ci wysyła. Jeśli Ci się nie chce tak szalenie, jak szalony jest marcowy zając, to odpuść. Nie oszukujmy się, od opuszczenia jednego, dwóch czy nawet trzech treningów (do czterech się wolę nie zapuszczać) – Twoja pupa nie spadnie i nie przytyjesz nagle 12 kg. Nie jesteś robotem i Twój organizm musi naładować baterie. Z mojego doświadczenia wiem, że zmuszanie się do treningu na który nie masz kompletnie siły wiąże się z:
– zrobieniem treningu na ‚odczepnego’ – a tego nie lubimy,
– brakiem progresu,
– brakiem przyjemności z treningu,
– stresem.
Dlatego jeśli cały wszechświat nie chce byś dziś trenował, mięśnie krzyczą, że nie dadzą rady, boli Cię głowa, brzuch czy zwyczajnie dopadł Cię chroniczny brak sił, bądź zgubiłeś je gdzieś pomiędzy wszystkimi ‚fajnymi’ codziennymi obowiązkami – nie szukaj, odpuść, odpocznij, nabierz mocy, zatęsknij za siłownią a na następny trening pójdziesz napalony jak kornik na szafę. I to dotyczy fizyczności, a jeśli chodzi o aspekt psychicznopsychologicznomotywacyjny, to jeśli nie masz nastroju na siłownię …. zmień nastrój!

91208bab822442cf948e7d1b1bf0fcf9

Reklamy

dlaczego lubię hip thrust.

Pupa nie balon – nie pęknie, ale też się sama nie napompuje – więc trzeba działać. Internety aż huczą od przykładów ćwiczeń na poślady, nawet na oba, jednak u mnie numerem jeden jest stary, poczciwy hip thrust. Nic tak nie smyra mych czterech liter jak duży ciężar na sztandze przy HP. Dlaczego aż tak się z nim zaprzyjaźniłam?
– jak mało kto i co, odwzajemnił moje uczucie, ba! nawet się odwdzięczył podniesionym zadem,
– zdecydowanie najlepiej angażuje pośladki bez rozbudowy czworogłowego i bez obciążania lędźwi,
– prosty technicznie, a prostotę sobie cenię,
– najszybciej i najbardziej progresuję w tym ćwiczeniu, droga od pustej sztangi do 100 kg wcale nie była taka długa i kręta, a progres daje radość i siłę, a moc zaczyna spadać z nieba,
– uwielbiam ten zespół napięcia przedhipthrustowego – „wejdzie czy nie wejdzie” i pohipthrustowego – „weszło”,
– ból pośladków przed ostatnią serią sprawia mi, o zgrozo… przyjemność.
Jakieś wady? Dużo sprzątania żelastwa po wszystkim i niestety nikt nigdy nie proponuje pomocy. Musimy sprzątać sami, ja i mój (sponiewierany) tyłek.558f2bf0a7c0866867c7e9e159c5a487--the-park-woman-fitness-01

 

co mi dała siłownia.

Regularne chodzenie na siłownie 4 x w tygodniu od grubo ponad roku, oprócz poprawy sylwetki, uświadomiło mi kilka spraw, o których pojęcie miałam żadne. A szkoda. Oto one:

1. Mam barki!

Tak, mam je, wiem już gdzie, po co, dlaczego i jak je ćwiczyć. Wcześniej bary kojarzyły mi się z tymi przydrożnymi, jako literówka w ‚brakach’ i z dobrym imieniem dla psa… ‚Bary’ do nogi.

2. Więcej nie znaczy lepiej!

No nie, absolutnie nie. Przerabiałam więcej i mniej, stawiam na mniej, a lepiej, dokładniej, z głową i przede wszystkim z progresem. Przy więcej nie było sił, efektów i progresu, przy mniej są siły, siła, progres, efekty i radość. Raduję się więc!

3. Jestem silna!

Tak, jestem. Uwierzyć w to już czas. Najwyższy. Nie chodzi tylko o przerzucone kilogramy, ale i o samozaparcie, o wstawanie o 4 i robienie treningów, o pilnowanie kcal i makro, o edukację w tym kierunku, o postępy. Niby nic, ale jednak. Skoro wierzyłam w św. Mikołaja, wierzę dalej w ludzi, to mogę uwierzyć i w moją siłę. Brawo dla niej.

4. Sportowe ciuchy są najlepsze!

Oddam ostatnie złotówki na nowe legginsy, adidasy, bluzę, koszulkę. No niestety, lubię się pocić w fajnych ciuchach. Plus 10 do mocy!

5. Nie muszę robić miliona brzuszków!

Jak ja się cieszę, że w końcu to zrozumiałam i pojęłam. Łatwiej mi teraz, spokojniej śpię. A brzuch robi się sam odkąd tak się nad nim nie rozczulam. Stał się bardziej samodzielny, jak odcięłam pępowinę. Trzeba przyznać, że radzi sobie lepiej. Szanujemy się.

6. Waga to liczba.

Długo trwało zanim w to uwierzyłam, ale tak, to tylko liczba. Zwłaszcza przy treningu siłowym – bez większego znaczenia. Obwody, za duże ubrania, lustro – to ma znaczenie. Koniec kropka i wykrzyknik.

7. Luz, i tak nie będę idealna!

Amen.

Zmiana, powrót.

Zmiana tematyki bloga musiała nadejść. Będzie fit, będzie zdrowo, będzie oczami fit amatora, ale fascynata z sercem.

zdrowe dziecko, to szczęśliwa mama.

Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz pieniędzy – coroczne życzenia urodzinowe, imieninowe, rocznicowe, świateczne, bez okazji i z okazji. Hit czy kit? Nieważne. Ważne, że prawdziwe. Ogarnia mnie przeszczęście, gdy patrze na moje dziecię, które jest zdrowe. Dziękuję wszystkim i wszystkiemu, co rządzi (nie mylić z rządem – temu akurat nie dziękuję) naszym życiem, że nie muszę (i niech tak zostanie!) patrzeć jak cierpi moj pierworodny. A nieziemska histeria z okazji złamanego batonika, co dla niego jest końcem świata i bólem nie do zniesienia, dla mnie, w całym tym szaleńswie, to balsam dla duszy, radość dla oczu i rozkosz dla umysłu. A jeśli chodzi o trzecią część życzeń, to przecież jak będzie zdrowy, zdrowy  i zdrowy to cały hajs, kasiora, szmal, forsa i dziengi tego świata są jego. Co mu stanie na przeszkodzie? Nic. A kto? Ja.

Także, na zdrowie! (i na hajs?)

(nie) można być idealnym.

W końcu to zrozumiałam i jestem w szoku, że mój mózg pojął to tak późno. Nie można być idealną matką, żoną, kobietą, córką, siostrą, koleżanką, znajomą, nieznajomą, pracownikiem, człowiekiem….jednocześnie. Prędzej czy później coś pójdzie nie tak, coś pęknie. A jak nie coś, to Ty. Ostatnio tak pękamy codziennie. Ja i coś. Ideał sięgnął bruku.

Nie oceniaj mnie. Pokaż i udowodnij mi, że się da. Ukłonię się w pas i ucałuję w dłoń.

Jednak mimo, że się nie da, to nie znaczy, że nie należy do takiego stanu dążyć. Należy. Można też stworzyć własną definicję ideału, trochę mniej idealną niż idealny ideał. Stworzę ją. Tak chyba będzie idealnie.

ec0ezx

on mówi.

Syn mój jedyny zaczął mówić. Powtarza wszystko, prawie. I tutaj prawie nie robi różnicy. Jestem przerażona. Już każda mać musi zostać tam, gdzie się zrodziła, a przynajmniej powinna. Nie, nie powinna, musi. Szczęście polega na tym, że teraz (chyba) mi powie, czemu płacze, co go boli, czemu nie chce jeść. Nieszczęście to fakt, że wygląda na dziecko z własnym zdaniem (czyżby po Mamie?) i możemy się w niektórych kwestiach nie dogadać. Cała zabawa polega na tym, że to ja znam (póki co) więcej słów i potrafię z nich stworzyć bardziej przekonujące argumenty. Przykład:

Ja: Idziesz na nogach czy pieszo?

Dziecię: Tak.

Ja: No to chodź.

Poszedł.

Wszyscy szczęśliwi, a ja się do tego dobrze bawię!

mowi

 

o (od)wadze

Ostatnio zdarza mi się dużo pocić, żeby się odważyć (działa). Najlepsze miejsce na pot oprócz pleneru to siłownia i właśnie po jednej wizycie w tejże przestrzeni, kiedy doprowadzałam się do stanu przed poceniem, przyszła Mama z Dzieckiem (raczej niemowlakiem). Zatkało mnie. Chociaż może nie do końca zatkało, bo zaczęłam rozmowę. A może z tego szoku ją zaczęłam  (raczej nie konwersuję z obcymi)? Pytałam jak, po co, dlaczego, kiedy, gdzie i co z Młodym jak ona się będzie pocić? Odpowiedziała, że daje rade, że położy go na macie, obstawi steperami i będzie leżał i patrzył (‚leżał i patrzył’-dla mnie pojęcie abstrakcyjne). Szok. Próbowałam, starałam się, wszystkie szare komórki uruchomiłam i nie udało się. Nie udało mi się wyobrazić siebie na jej miejscu (powodów znalazłam co najmniej tuzin). Powiedziałam, że ją podziwiam, że jest genialna i odważna (ucieszyła się, a ja jeszcze bardziej, bo chyba poczuła się dzięki temu dużo lepiej). Jeśli się komuś mówi, że jest odważny, to pomagamy mu się takim stać. Jej nie musiałam pomagać, to ona mogłaby pomóc mnie. Od tego momentu wmawiam sobie, że ja też mogę być odważna, może to pomoże mi się taką stać. Odważona już jestem, czas odważyć…się. Tak, odwagę trzeba mieć. A przynajmniej wypada.

 

keep-calm-and-get-fit-557

zmiana goni zmianę.

Zmiany są raczej niezbyt częstą przypadłością w moim życiu. Ale jednak się zdarzają. Tak sobie myślałam, czy nawet te bardziej drastyczne wpływają jakoś na dziecię. Stwierdziłam, że pewnie tak. Nie stwierdziłam tylko czy ten wpływ jest pozytywny czy jednak ten przeciwny. Z drugiej strony, dlaczego coś co wpływa pozytywnie na mnie ma wpłynąć negatywnie na niego? To jest bardzo zdolna i cwana mała bestia, wiele (czyt. wszystkie) rzeczy już rozumie i z pewnością on też czuje, że nadchodzi lepsze. Nawet z tego powodu w końcu wypuścił zęby. Stwierdził chyba, że teraz będzie w domu więcej dobrego jedzenia i się mogą przydać. Cieszy mnie to (zęby, nie jedzenie).  A gdzie w tym wszystkim strach? Jasne, że jest, ale ma tak wielkie oczy, że aż śmieszne. Śmiesznych rzeczy się nie boję!

A swoją drogą to nie ma idealnego momentu na zmiany. Trzeba jakiś wybrać i sprawić by był idealny. Ja wybrałam. Jest idealny. Sprawiłam, że taki jest.

 

 

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

Up ↑